Remont w 48h [S07,E06] czyli głębia oceanu na 2,7 m2

Niezbadane są ścieżki, którymi podążała myśl techniczno-estetyczna budowniczych PRLu… Możliwe, że kiedyś najbardziej pokręcone meandry zagospodarowania przestrzeni instalacjami wszelakimi będziemy wielbić niczym prywatne Le Centre Pompidou, póki co jednak lepiej będzie, gdy nauczymy się je zgrabnie chować w miarę możliwości… Jak schować 11 rur wystających ze ściany nie zabierając nic z bezcennych 2,7 m2 łazienki naszej bohaterki?! Zastałem tam (przedstawiając od lewej): monstrualny pawlacz, pralkę el classico 60cm, toaletę, „kufer odpływowy” – czyli zabudowane kłębowisko rur, z dominującą rolą odpływowej rury toaletowej, szafkę podumywalkową z umywalką (rzecz jasna) oraz w pełni wykorzystującą głębię pomieszczenia, wannę 140 cm!… To co, szalejemy?!

Bohaterka – miła, zwiewna Magdalena, zdawała się tak eteryczna, że z trudem wyczuwałem jej obecność w życiu codziennym tego mieszkania i właśnie w łazience czuć to było najbardziej. Ponoć dużo podróżuje. Jedynym czytelnym sygnałem jaki odebrałem, była potrzeba zamiany wanny na prysznic, w sumie bardzo rozsądnie. Jak się do tego wszystkiego zabrać, kiedy wanna szczelnie zamurowana i płytkami zaklajstrowana? Trzeba kuć i to wszystkie ściany! Trwało to trochę i kiedy chłopakom udało się już wytargać żeliwną wannę oraz doorać resztę ścian, wszedłem na gruzowisko i bez większego wysiłku dotknąłem ręką sufitu, którego na szczęście kuć nie trzeba było. Tak, górka gruzu wysoka na prawie pół metra a do jej usunięcia potrzebne było 15 worków. Liczyłem nieśmiało, że dzięki zdarciu płytek i warstwy starego kleju, który w niektórych miejscach miał jakieś 3 cm grubości, będziemy w stanie odzyskać kilka cm na szerokość i długość. Niestety, chłopaki sprawdzili piony oraz kąty i znając moje założenie, od razu stanowczo zaapelowali o płyty k/g, jako jedyną opcję na szybkie wyciągnięcie równych płaszczyzn. Nie dałem się długo prosić i popędziłem po 5 płyt, 2 worki kleju, worek gładzi gipsowej i woreczek goldbanda, tak na wszelkie dziurki. Jako argument za płytami k/g padła również sugestia zabudowania dwóch narożników z rurami, ale miłość do wolnych centymetrów kwadratowych uchroniła mnie przed tą decyzją…

W międzyczasie hydraulikę przerobiliśmy pod nowy porządek. Tak, miałem dylemat gdzie co finalnie stanąć powinno… Wielka „kaka-rura” oraz niezależny odpływ umywalkowy ze ściany centralnej wystawały i trzeba to było skutecznie, ale i praktycznie wysłonić. Funkcja przechowywania też potrzebna, stary pawlacz po lewej stronie był pomysłowym rozwiązaniem, jednak zaburzał perspektywiczne poczucie dostępnej przestrzeni, to samo czyniła pralka stojąca pod nim, o kibelku nie wspomnę… Paradoks optyczny polega na tym, że nie głębokość perspektywy robi robotę w takim pomieszczeniu, a jej szerokość. Moim podstawowym zadaniem zostało uwolnienie ścian bocznych od „gabarytów”. Dzięki umiejscowieniu toalety, pralki i prysznica na ścianie frontalnej, mogłem w ich linii zmieścić szafki wiszące, które nie wadziły, a dzięki którym zgubiłem dwie absurdalne rury podsufitowe oraz zyskałem pretekst by kosmetycznym zabiegiem ukryć piony z licznikami w lewym górnym rogu. Umywalkę zaplanowałem w prawym dolnym rogu i tam trzeba było podciągnąć hydraulikę. Wszystkie ściany zostały zaklejone karton-gipsem. Piony złapane, kąty proste wyprowadzone, czas na ceramikę!

W małych pomieszczeniach zawsze dobrze sprawdza się mozaika. Mikro podziały dają poczucie przestrzeni. Biała ceramika, biała pralka, brodzik, meble, to i mozaika biała. Jednak biel byłaby pustką, gdyby nie właściwe jej osadzenie na kontrze do koloru, tym kolorem stać się miała głębia oceanu płynąca ze wszystkich ścian i sufitu oraz wdzierająca się również w szczeliny mozaiki… Jeszcze w trakcie procesu kładzenia owej mozaiki wyrwany zostałem brutalnie z oceanicznej fantazji stylistycznej. Mozaika w internetach zakupiona, na papierowej podklejce przyjechała, przez co pojedyncze elementy łatwo się wyłamywały. Oj… mocno utrudniało to chłopakom jej układanie, a czas leciał nieubłaganie i ciut za dużo go na tym etapie straciliśmy… Brodzik na szczęście stanął pewnie w rogu, więc na czas malowania oraz fugowania pomknąłem na oceanicznej fali po dodatki do sklepu o inspirującej w tym kontekście nazwie Calvado. Tak się pięknie złożyło, że nabyłem tam pasujące w tonacji dodatki i spokojny o detal, wróciłem by sprawdzić jak na brodzik wchodzi nam szyba prysznicowa, otóż nie weszła… Wiecie, kiedy na plac robót przyjeżdża szkło, trzymacie je w bezpiecznym kartonie do ostatniej chwili, żeby przypadkiem nic złego się nie wydarzyło. Szybie nic się nie stało, ale daszek z głowy darłem, gdy po rozpakowaniu okazało się, że to nie szyba, o której z panią przy zamówieniu rozmawiałem a element kompletu kabiny prysznicowej, który bez pozostałych składowych mogę sobie gęboko… Kazałem chłopakom ładnie spakować do zwrotu, a sam popędziłem po coś, o czym wcześniej myślałem ze względów stylistycznych, ale nie chciałem zmniejszać szczelności konstrukcji, chodziło o kotarę prysznicową…

Ekipa położyła wykładzinę, wstawiła toaletę, pralkę, powiesiła szafki, ustawiła umywalkę, a kiedy zdyszany wpadłem z drążkiem i kotarami, modliłem się tylko, aby udało nam się dobrze wpasować przesłonę prysznica. Co do milimetra rurki rżnąłem, by idealnie w wewnętrznej krawędzi brodzika zwis kotar nastąpił . Zrobiliśmy próbę wody i… nic złego się nie wydarzyło! Gumowata kotara z ciekawego materiału PEVA pewnie zwisała trzymając pion mimo naporu mocnego strumienia wody, w dużej mierze dzięki stojącej obok pralce i wiszącej w tej samej linii szafce, wielkie UFF… Takie „uff”, że ten sam materiał wykorzystałem do wysłonięcia rur za toaletą. I nagle to co brzydkie i kanciaste zniknęło za klimatyczną kotarą, która w połączeniu z taką samą, prysznicową, stały się kotarami inscenizacji teatralnej, sztuki w trzech aktach pt. „Siadać, prać, przechowywać!”. Mogliśmy wchodzić z dodatkami! W pierwszej kolejności niezwykle proste w formie, okrągłe lustro ze świecącą ramką, zawisło nad umywalką, bajecznie rozświetlając połać mozaiki, jakby ktoś położył słońce na pływającej po tafli oceanu siatce. Było warto się z nią męczyć… Designerskie wieszaki, ręczniki i robiący bardzo dobre wrażenie biały, stylowy szlafrok, zrobiły nam w tym pomieszczeniu małe SPA. Kiedy do środka weszła Magda jej niebieskie oczy ożywiły się i nabrały oceanicznej głębi, a promienny uśmiech idealnie wpisał się w biel z tej głębi wypływającą, czyli tak, jak być powinno…

Do następnego!

Tom

Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce prywatności".