REMONT W 48 H, CZY TO W OGÓLE MOŻLIWE?

Kochani, Piękni, Wspaniali… wielu z Was ogląda mój program od 2 lat, czyli 4 sezonów. Co chwilę na profilu FB pojawiają się nowe osoby, które właśnie „załapały” się na ten program, szybko orientując się, że ma on już jakąś historię. Każdemu kto widział Remont w 48H, a szczególnie tym co nie widzieli, a znają tytuł, kołacze się z przodu lub z tyłu głowy, pytanie: „czy to faktycznie możliwe, aby jakikolwiek remont przeprowadzić w 48h?”, „czy oni tak na prawdę, czy tylko do telewizji?”. Otóż, z ogromną radością i nieskrywaną dumą pragnę czym prędzej wykrzyczeć… TAK, TO MOŻLIWE!

I już Wam piszę w radosny, metaforyczno-dygresyjny sposób, jak się do tego zabrać i na czym polega różnica między robieniem remontu samemu a powierzeniu go projektantowi, z delikatnym naciskiem na specyfikę moich programowych realiów.

Większość projektantów nie lubi tak skondensowanej presji jaką wymuszają nasze realia programowe, a ekipy produkujące programy lubią mieć harmonogramy, projekty i kosztorysy, które gwarantują sukces realizacji. Planowanie jest ważne, a wręcz niezbędne, ale w moim procesie tworzenia, zawsze zostawiam miejsce na spontaniczne działanie, w harmonii z zastaną u bohatera energią. Lubię ludzi i bez względu na to jak ambitny lub genialny miałbym pomysł, który teoretycznie idealnie wpisuje się w przestrzeń jaką dysponuje dany bohater, to pomysłu tego nie wprowadzę w życie, póki nie upewnię się, że gospodarz uniesie emocjonalnie i stylistycznie przemianę, którą dla niego przygotowałem. To jest praca na żywym organizmie i trzeba być gotowym na różne warianty oraz szybkie zmiany scenariusza…

Każda zmiana gotowego projektu wywołuje efekt domina. Zmieniamy kolor, bo nagle okazuje się, że bohater nie lubi np. czerwieni i już pewne elementy wypadają z projektu, a w ich miejsce nie pasuje nic co mamy dostępnego od ręki… i co? I większość zaczęłaby rwać włosy z głów, ale ja… mam dobrze zorganizowany zarost na głowie!…

Bohatera poznaję na otwarciu odcinka, a koncepcję muszę mieć „ogarniętą” wcześniej… Jeśli więc dowiem się już w trakcie, że czegoś co mam przygotowane bohater ewidentnie nie trawi, muszę to zmienić lub znaleźć klucz na wydobycie akceptacji z głębi jego podświadomości.

Solidny remont czy delikatna metamorfoza to zawsze podróż mentalna, a projektant jest jedynie przewoźnikiem, z zadaniem przewiezienia bohatera z brzegu rzeki, do której doszedł eksplorując tereny, które były dla niego dostępne „na piechotę”, na brzeg drugi. Po drugiej stronie jest ciągle jego kraina i tylko ktoś musi mu pomóc tam się dostać. Idąc tą metaforą, dobry projektant nie wywiezie inwestora „za granicę”, on mu pomoże jedynie odkryć inne obszary jego własnej przestrzeni. Każdy może to zrobić „wpław”, ale nie każdy lubi się zamoczyć… Wróćmy jednak do czasówki i tego, co Wy możecie zdziałać w podobnym czasie, jeśli właściwie podejdziecie do wyzwania i gotowi będziecie się „zamoczyć”!

Kiedy jesteś dobrze przygotowany do zadania, 48 godzin to dość sporo czasu. Przed rozpoczęciem musisz mieć opracowane tylko trzy kwestie: projekt/pomysł, materiały/meble, sprawdzona ekipa remontowa.

Mając w planach remont, człowiek podprogowo wyszukuje przedmioty, które chciałby mieć u siebie. Zbierzcie to wszystko ze wszystkich możliwych źródeł: magazyny, katalogi, strony internetowe, wszelkie blogi tematyczne i profile na facebooku, pinterest, instagram. Wycinajcie, kserujcie, rysujcie, szkicujcie! Wszystko może się przydać, a im więcej materiałów uzbieracie, tym lepiej. Zabawcie się w moodboard (zbiór wszelkich inspiracji i pomysłów), sumując je na wielkim stole lub wyklejając nimi ścianę, Waszym oczom ukaże się coś niezwykłego… pewien wyjątkowy klimat złożony z dominujących kolorów i kształtów. To najlepszy sposób, by w miarę wiarygodnie, z dystansem do siebie stwierdzić „aha… ten człowiek lubi przede wszystkim…”. Bądźcie surowymi sędziami własnych „peryferiów”. Jeśli nawet najcudowniejszy mebel odstaje od dominującej w waszym moodboardzie stylistyki, zapomnijcie o nim… porzućcie ów balast, by szybko i bezboleśnie dotrzeć do celu. Osobiście noszę w głowie tony moodboardów i tylko szukam okazji do ich urzeczywistnienia, a proces selekcji jest tak samo bolesny za każdym razem i za każdym razem niezbędny.

Schodząc nieco na ziemię… jeśli macie partnera/partnerkę, a planujecie wspólną przestrzeń, powyższy proces może być bolesny. Nie radykalizujcie swoich koncepcji, bo punkty sporne może rozwiązać kolejny etap.

Załóżmy, że proces wstępnej selekcji mebli, kolorów, kształtów i całej reszty macie już za sobą, zatem czas na… floor plan, czyli przewidywane rozmieszczenie mebli i innych przedmiotów w skali, na rzucie Waszego mieszkania. Stwórzcie rzut pomieszczenia we właściwych proporcjach na kartce. Powycinajcie kształty mebli z papieru i swobodnie się nimi pobawcie. Możecie też spróbować swoich sił w jakimś prostym programie do projektowania, których jest trochę na rynku, a wiele darmowych. Szybko okaże się, które z nich mają sens w Waszej przestrzeni i gdzie jest sens je umieścić. Na tym etapie mamy szansę zweryfikować funkcję danego pomieszczenia, jakie meble są faktycznie niezbędne, czy te, na które jest miejsce pasują do siebie w formie, kolorystyce i stylu. Może okazać się, że wiele obecnych mebli jest nam zbędnych lub lepsze rozplanowanie w przestrzeni daje szansę na umieszczenie mebla, którego dotąd nam brakowało. Jeśli o mnie chodzi, za każdym razem korzystam z programu 3D budując schematyczną bryłę pomieszczenia, którym się zajmujemy, głównie po to, by szybko wstawiać bryły dostępnych od ręki mebli, mając już zwizualizowane wszelkie zależności wymiarowe.

Pragnę przy tej okazji zwrócić uwagę na kolejność. Możliwie, że inni sugerują stworzenie najpierw rzutu i dostosowaniu do przestrzeni gabarytów mebli, ale moim zdaniem dużo bardziej twórcze i odkrywcze dla Was samych będzie rozpoczęcie „wyprawy” od moodboardu. Nie ograniczajcie się na wstępie, rozwińcie skrzydła i wznieście się ponad to, co oczywiste. Może nie w tym momencie, ale w niedalekiej przyszłości, dzięki świadomości siebie samego, którą z powyższych działań wyciągniecie, Wasza przestrzeń ewoluuje w niewyobrażalny dotąd sposób.

Minęły wieki… przeszliście w swoich głowach całą historię wnętrzarstwa, dotarliście do swojego osobistego „złotego wieku designu” i wiecie już dokładnie co chcecie mieć w przestrzeniach swojego królestwa. Zanim jednak piękne meble wjadą na salony, trzeba przygotować ekspozycje. Mebel stanie na ścianie, która stanowić musi dla niego właściwe tło. Nawet jeśli np. sofa stanie na środku, z każdej strony patrząc na nią w tle będziecie mieć coś co będzie tłem i musi być odpowiednie. Do tego dochodzi dobre oświetlenie eksponatów, a to już przynajmniej dwa powody, dla których warto pomyśleć o sprawdzonej ekipie fachowców… Pomalować ściany – czysta radość (w niektórych reklamach)! Ale często jest tak, że pełni zapału z bananem na ustach rzucamy się z wałkiem na ścianę i wraz z pierwszym pociągnięciem na wałku zostaje 5 warstw starej farby, plus świeżutka wasza, która zamiast nowego dizajnu wystąpiła w roli kleju do strupów. Jeśli zatem macie mieszkanie z „historią”, zastanówcie się, czy aby przy tej okazji nie warto zatrudnić ekipę, która oczyści ściany ze starych warstw, wyrówna, a może wcześniej pociągnie nową elektrykę (lub inne instalacje) pod strategiczne punkty „nowego ładu”, a jeśli trzeba położy nową podłogę lub płytki.

Pomyślcie o tym w miarę wcześnie, bo sprawdzeni fachowcy, o których szlachetnych czynach krążą legendy rozsyłane pocztą pantoflową, zwykli mieć kalendarze napięte, niczym baranie … Niewielką pociechą będzie dla Was informacja, że moja ekipa remontowa też często jest „wyjęta” i terminy prac w programie musimy skrupulatnie ustalać również pod tym kątem.

Różnica między remontem z projektantem i bez jest znacząca. Wszystko ma swoje plusy i minusy lecz w uproszczeniu można by stwierdzić, że projektant kosztuje tyle ile niewiedza dyletanta. Dodatkowo może on zaprowadzić Was w miejsca, których jeszcze nie znacie. Oczywiście istnieje ryzyko, że zabierze Was gdzieś, gdzie nie będziecie czuć się „u siebie”, ale jedno jest pewne, zyskujecie czas i doświadczenie w podejściu do tematu oraz (co ważne) ekipy. Strony muszą wiedzieć o czym rozmawiają inaczej przykra niespodzianka może nadejść niespodziewanie, jak tornado w Kansas.

Mimo wszystko warto sprawdzić się w jakiejś mniej zobowiązującej przestrzeni, a nuż okaże się, że jesteście nieoszlifowanym diamentem polskiego designu…

Przeczytałem to wszystko co napisałem raz jeszcze i uświadomiłem sobie, że dotknąłem jedynie wierzchołka góry lodowej. Abyście nie rozbili się o nią niczym nieszczęsny Titanic, niebawem uzupełnię temat o kolejne wpisy. Postaram się wtedy chwycić heroicznie jednego z wątków i dociągnąć ów statek do brzegu. Póki co, jeśli temat jest Wam bliski, przełóżcie powyższe na grunt własny i  śmiało zabierzcie się za moodbord i floor plan, a perspektywa 48 godzinnego pasma sukcesów na remoncie własnej przestrzeni życiowej zbliży się do Was wielkimi krokami!

Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce prywatności".