Remont w 48h [S06,E09] czyli prostota bez rur

Kiedy Ania z mężem zgłosili swoją mamę do programu długo zastanawiałem się, czy będziemy w stanie sprostać zadaniu w tytułowym terminie, gdyż sugestia dość jednoznacznie dotyczyła łazienki, a ta wyglądała na mocno absorbującą. Finalnie do decyzji na „tak” przekonały mnie puste ściany i oczywistość wszelkich mankamentów (wszystko na wierzchu). Kiedy już pojawiłem się u naszej bohaterki, z pomieszczenia na pomieszczenie uświadamiałem sobie ascetyczną naturę Pani Eli (dziwnym trafem większość sędziwych bohaterek mojego programu to Elżbiety). Żadnych bibelotów, proste, peerelowskie meble, kilka kwiatków (tylko w salonie), zdjęć i tyle w temacie „dekoracje”! Zaproszony finalnie do łazienki doświadczyłem esencji tej prostoty… Stara farba z olejną lamperią, konsekwentnie tą samą żółcią wanna od spodu maźnięta. Toaleta, pralka i rury… piony niedawno wymieniane (z rok minął), czyste i gołe jak je Pan Hydraulik stworzył. Czysta asceza…

Słowo się rzekło, pożegnałem uroczą bohaterkę, a wiedzieć musicie, że Pani Ela ma cudowne poczucie humoru oraz dystans do otaczającego ją świata. Z pełną odpowiedzialnością za powierzone mi 4m2, czym prędzej zawołałem chłopaków by wannę żeliwną wytargali i ściany gruntowali. W międzyczasie musiałem obmyślić jak, z poszanowaniem każdego centymetra, skrzętnie rury pochować. Nie uwierzycie, jakiego newsa podała mi bohaterka przed wyjściem… Grzecznie zapytałem, o co chodzi z dwoma niezależnymi odpływamy wychodzącymi spod wanny (zwykle wystarcza jeden), otóż okazało się, że nasi komunistyczni budowniczowie, najprawdopodobniej kierując się ideą socjalistycznego podejścia do własności, obdarowali naszą kochaną Panią Elę, odpływem z kuchni sąsiada! 😱 Nie mogłem na to patrzeć, chłopakom kazałem rury wkuć w naroże na tyle, bym je mógł pod zabudową zgubić i pośpieszyłem wybierać armaturę do Grast-MTB, gdzie znana już mi, niezwykle rzutka ekipa, pod wodzą przebojowej Pani Janeczki, pomogła w kwadrans wybrać dostępny od ręki sprzęt. W tym samym czasie nasz dzielny Matt Koordynator popędził po ceramikę do Komfort Łazienki, skąd na bieżąco wysyłał mi co rusz to ciekawsze propozycje, dzięki szczeremu zaangażowaniu tamtejszych sprzedawców. Stanęło na szarym, powabnie maźniętym głębszą szarością gresie na podłogę i uroczych białych „poduszkach”, czyli wypukłym motywie podłużnych płytek glazury.

Gdy już wiedziałem jak pięknie płytki iść będą subtelnymi poduszeczkami, mięciutko po ścianie, jasnym się stało, że im mniej uskoków ściany mieć będą, tym lepiej. Płytą k/g przedłużyliśmy ściankę, na której wisiał kaloryfer i zamknęliśmy narożem zaraz za rurami, pozostawiając wgłębienie, którego zadaniem było pochłonąć spłuczkę toalety. A propos kaloryfera… zmorą stał się on moją, nie dał się zmienić!.. Tropem rur poszedłem na korytarz, gdzie bardzo szybko uświadomiłem sobie ogólnoblokową ideę prowadzenia róż wszelakich… 🤔 wróciłem pokornie do łazienki i rozpocząłem wewnętrzny proces uzdatniania starego kaloryfera do nadchodzącej nowej rzeczywistości stylistycznej tego miejsca. Idea podstawowa „żadnej rury na wierzchu”! Zanim więc płytki do ścian przyklejone zostały, w ścianie pociągnęliśmy odpływ i dopływ do pralki oraz ukryte za nią gniazdko. Gniazdek dorzuciłem jeszcze dwa, aby symbolicznie zerwać z ascezą. Przy okazji wypuściliśmy nowy punkt świetlny, na podświetlane lustro. Kiedy już wszystkie punkty elektryczno-hydrauliczne  znalazły się na swoim miejscu, można było wchodzić z płytkami. Ściany białe, podłoga szara, ale… tzw. wnęka toaletowa też wyłożona została podłogowym gresem, aby nadać nieco tajemniczości temu prostemu wnętrzu…

Ileż to chłopaki się z płytkami namęczyli… ileż się mnie naprzeklinali… uszy notorycznie szczypały, lecz znosiłem to dzielnie, wierny koncepcji konsekwentnego poduszkowania ścian od podłogi, aż po sufit (oczywiście nierówny). Po 40 godzinach, płytki były gotowe! Pozostało poczekać nieco aż przeschną by można było fugować (klej szybkowiążący!). W międzyczasie chłopaki osadzili umywalkę w szafce, bo oczywiście umywalka być musiała, choć bohaterka już prawie pogodzona była z jej brakiem. Zgodnie z wolą bohaterki naszej, na wstępie ustalona została zamiana wanny na prysznic, a że ręce pod prysznicem myje się zdecydowanie mniej komfortowo niż nad wanną, potrzeba umywalki była oczywista. Skręcanie kabiny prysznicowej trwało nieco dłużej. Brodzik ustawiony w rogu wymusił puszczenie odpływu wzdłuż ściany, ale na to miałem już obmyśloną praktyczną konstrukcję maskującą, jednak zanim można było wejść z kabiną, trzeba było płytki zafugować… Rozpoczął się kuriozalny taniec monterów. Chłopaki hydraulikę tu, to Pani Monika z Mattem fugę tam. Tam fuga gotowa, to chłopaki tam z kabiną, a oni z fugą tu. Do tego jeszcze ja, z boksem maskującym rury,  piruety między wszystkimi robiłem wpadając co rusz z jakąś deseczką na przymiarki. Lecz cóż począć gdy czas goni! A tu jeszcze zanim się pofuguje, trzeba powiercić dziurki pod lustro i szafki wiszące. W schizofrenicznym cyklu irytacji i rozbawienia zbiorową ekwilibrystyką pomontowaliśmy wszystko co trzeba i ostatnim rzutem na taśmę w toaletową wnękę wstawiłem docięty na wymiar, drewniany regał, a Pani Monika szybciutko dopełniła wnętrze dodatkami! Mamy to, gotowe, wszystko działa…

Kiedy na planie (czyli we własnym mieszkaniu) pojawiła się Pani Ela z całą swoją rodzinką, w lokalu rozległo się nerwowe dreptanie nóg wielu. Wszyscy wejść już chcieli do łazienki, ale tam trwała jeszcze zwyczajowa sesja zdjęciowa, której efekt oglądacie między ostatnimi wersami. Miałem za to czas porozmawiać z całą rodzinką ciekaw nastrojów i oczekiwań poszczególnych osób. Wnuczka podekscytowana, cokolwiek zobaczy w łazience i tak będzie w telewizji. Zięć zdystansowany, chyba lubi moje podejście do tematu i stara się nie angażować emocjonalnie. Córka spięta, dobitnym śmiechem maskuje zdenerwowanie, myśląc głównie o mamie, którą wrobiła w tę całą sytuację i boi się, że szczera, prostolinijna mama, palnie coś nie tak, jeśli efekt nie będzie jej po drodze… Pani Ela jednak dziękowała mi już w ciemno, przekonana, że może być tylko lepiej. Ale ja nie lubię gdy mi się dziękuje „za nic”, dlatego zaprosiłem ją czym prędzej do jej nowej łazienki… Wchodzimy, wpuszczam bohaterkę kulturalnym „proszę” i słyszę szeptem jedno słowo, proszę więc grzecznie „głośniej!” i słyszę przez łzy wykrzyczane „Pięknie!”…

Do następnego!

Tom

Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce prywatności".